sobota, 13 kwietnia 2013

Rozdział 1

    Szara, zwykła codzienność bardzo przytłacza. Patrzę na zegarek. Dopiero siódma.. Szkoła zaczyna się za półtorej godziny. Wstaję i powoli zbliżam się do szafy. Nie mam zbyt wielu ładnych rzeczy. Sięgam po pierwsze ciuchy jakie zobaczę. Wybrałam granatową bluzkę z dekoltem i długim rękawem oraz czarne jeansy. Idę do łazienki. Boże, jak ja wyglądam, myślę. Zaledwie wczoraj myłam włosy, a wydają się tłuste. Rozczesuję je i myję zęby. Muszę jakoś wyglądać.. Zdaje się, że wczoraj było rozpoczęcie roku szkolnego. W rzeczywistości jest październik. Smętny, deszczowy dzień.
  Schodzę na dół i napotykam mojego brata. Ma smutną minę..
-Dzień dobry..-Mówię niepewnie.-Co się stało?
-Tatę zabrali do szpitala.-wzdycha.
-Jak to.. znowu?- pytam.
-Tak.
Bez dalszych niepotrzebnych słów bierze plecak i znika za frontowymi drzwiami. Powinnam już dawno przywyknąć, że zabierają tatę do szpitala.. Minęło już pół roku odkąd mama postanowiła zniknąć. Wyjechała w "delegację", ale w rzeczywistości każdy wie, że znalazła innego. Ojciec w ciągu tych kilku miesięcy dostał poważnego załamania nerwowego. Codziennie w nocy, przy zasypianiu, słyszę jego cichy płacz. Od niedawna uważa, że jego życie straciło sens. Tak bardzo kochał matkę, a ona potraktowała go jak powietrze.
    Biorę pieniądze ze stołu, które zostawił mi Stefan. Zakładam plecak i ruszam do szkoły. Mimo, że mam jeszcze sporo czasu, podążam dalej..
-Hej, Bonnie!- słyszę cieniutki głosik Molly za plecami. Od niedawna zaczęłyśmy się przyjaźnić.
-Cześć, Molls.- wzdycham.
-Co jest? Znów się martwisz..- patrzy na mnie ze smutkiem.
-Mojego ojca znów zabrali do szpitala. On nie ma już czym i dla kogo żyć.- szepczę.
-Och.. Rozumiem.- kiwa głową.
-Jeśli mogłabyś.. Chciałabym przejść się sama.
-Jasne..- odpowiada bezradnie i wraca z powrotem do domu.
Gdyby tylko wiedziała, jak bardzo zazdroszczę jej, że ma normalną matkę. Wypierała się tysiące razy, ale w głębi duszy myślę, że również tak uważa. Spacer ulicą dobrze mi zrobi. Nie jestem w stanie rozmyślać nad tym wszystkim.. Zwłaszcza teraz. Przed sobą widzę moją drugą przyjaciółkę- Katerinę.
Idzie z jakimś chłopakiem. Zaraz.. to jest Bradley. Co Brad i Katerina tu robią? Wydaję mi się to podejrzane. Jednak nie będę się w to zagłębiać. Wystarczy mi przeżyć na dziś. Dyskretnie przechodzę na drugą ulicę i kieruję się w stronę szkoły. Wejdę oczywiście od tyłu, bo nie chcę spotykać nikogo.
Szybki przerzut nóg przez płot, zeskok.. i już jestem na terenie szkoły. Na szczęście jest tu wejście do biblioteki. Nie jestem fanką czytania, ale będzie dobrze, jeśli spędzę czas przy książkach. Taaak.. Przez matkę straciłam wiarę w siebie i wszystko, co dotychczas miałam. Wchodzę powoli i cicho do pomieszczenia pełnego książek i zaszywam się między regałami. Wybrawszy książkę siadam na podłodze opierając się o szafę i powoli czytam kolejne strony.
   Zadzwonił dzwonek. Koniecznie muszę wyjść, bo się spóźnię. Nie wyobrażam sobie wchodzić i przy całej klasie recytować sztukę Szekspira, co zdarzyło mi się nie raz. Poszczególne fragmenty.. Biegnę, aż w końcu staję przed samym profesorem Clamy. Nauczyciel poświęca wiele czasu poezji i tym podobnym.
-Prze.. Przepraszam, pana, panie profesorze.
Zerknął na mnie podejrzliwie.
-Następnym razem uważaj Greyman.- warczy.
Jest dla mnie nie miły, bo raz za spóźnienie kazał mi recytować kawałek Hamleta, a ja kompletnie go nie znałam.
-Bonnie!- ktoś wydziera się z tyłu. Ignoruję.
-Bonnie!- kolejny krzyk.
-Bonnie Greyman!- nie wytrzymuję i odwracam się.
-Czego?
-Ej, chciałem tylko ci się o coś zapytać.-mogłam nie być taka wredna i oschła. To Bradley.
-B-Brad?- pytam nie wierząc własnym oczom.
-Wybacz.. Nie powinienem.-bełkoczę, po czym chwyta mnie za rękę.
-Jestem rozkojarzona, to moja wina.- szepczę. Brad jest najładniejszym chłopakiem w szkole i interesuje go moja osoba?
-Nie szkodzi.- zdaje się, jakbyśmy byli sami..- Chcesz iść ze mną na bal w ten czwartek?- uśmiecha sie i patrzy na mnie swoimi błękitnymi oczyma.
-Nie wiem.. Zastanowię się, okej?- pytam.
-Nie ma sprawy. Widzimy się..?
-Na długiej przerwie.
-Na długiej przerwie.- Uśmiecha się i odchodzi.
   Nadszedł czas historii. Dawno nie byłam pytana, więc na wszelki wypadek wyjmuję zeszyt i idę kupić śniadanie w sklepiku szkolnym.
-Dzień dobry. Co podać?- pyta znudzonym głosem sprzedawczyni.
-Bułka z szynką, może być.- odpowiadam.
-Wyszły.- robi coś, co przypomina złośliwy uśmieszek.
-A co jest?
-Bułka z serem. pomidorem i sałatą.
-Okej.
Podaję jej pieniądze, po czym odbieram torebkę z jedzeniem. Przemierzam wolno korytarze.. Idę do biblioteki. Muszę wypożyczyć książkę o wojnach w Anglii. W końcu londyńskie szkoły chcą uczyć o wojnach, ale pomijając tych, którzy pomagali. Idiotycznie. Kieruję się w stronę schodów i już prawie dotykam klamki, gdy..
-Hej, Bonnie.. Unikasz mnie?- Nie, nie, nie! Tylko nie Katerina.
-Cześć.- przygryzam wargę, kładąc rękę na biodro.
-Wszystko dobrze?- pyta mierząc mnie wzrokiem.
-Możliwe.
-Co ci się stało?! Jesteś wredna, od kiedy twoja matka wyjechała!- krzyczy.
-Uspokój się. Najlepiej odejdź.- odwracam wzrok, żeby nie powiedzieć o jedno słowo więcej.
-Nie. Najpierw wytłumacz mi, czemu ty i Molly odtrącacie mnie? Każda z was unika mnie na swój sposób, a ja mam tego serdecznie dość!
-Powiedziałam IDŹ STĄD!- krzyczę najgłośniej jak tylko potrafię.
-Dobrze. Szukaj innej naiwniaczki, która zacznie się z tobą kumplować!
Tak. Super. Nie moja wina, że wkurza mnie swoim gadaniem o tym, jaką ona ma świetną matkę. Mogłaby być mniejszą egoistką! Ciągle słyszę Bonnie, to.. Bonnie, tamto.. Bonnie, to siamto.., Bonnie..!. Mam jej serdecznie dość. Ciągle mówi o sobie, nie zwracając na nikogo innego uwagi. Odwróciwszy się szarpię klamkę i wchodzę do biblioteki. Konieczne muszę znaleźć tę książkę. Oby został jeszcze jakiś.
-Przepraszam, jest książka na temat wszystkich wojen, które zostały przeprowadzone w Anglii?- podchodzę do przemiłego bibliotekarza imieniem Robert.
-Jasne. Proszę.- wręcza mi książkę.- Ostatni egzemplarz, Bonnie.- uśmiecha się.
-Mogłabym pouczyć się w bibliotece? Przynajmniej przez kilka minut..-pytam.
-Oczywiście, Bonnie. Tu jest wolne miejsce.- wskazuje krzesło obok Jeremiego.
Siadam na miejscu i otwieram zeszyt.
-Hej, mogłabyś podać mi tamtą książkę?- pyta nieśmiało Jeremy.
-Dobrze.
   No! Umiem cokolwiek. Teraz jeszcze wystarczy przeczytać kilka stron na temat którejś wojny.
Taaak. Nuda. Ale profesor nigdy nie odpuści takiego wyczynu. Prawdopodobnie dziś będzie moja kolej na udzielanie odpowiedzi i zbłaźnienie się przed całą klasą. Greyman w akcji. Powinnam wziąć nieprzygotowanie do lekcji dzisiejszej, ale nie chcę.
   Piętnaście minut przerwy sprawiło, że umiem więcej niż przypuszczałam. Już mam zamiar odejść od stołu, kiedy powstrzymuje mnie ręka Jeremiego. Szczerze powiedziawszy, boję się go. Jest dziwny. Bardzo.
-Huh?- mruczę.
-Bonnie, słyszałem, że jesteś całkiem niezła w matematyce.
-Um, matmie? Nawet.
-Udzieliłabyś mi kilku prywatnych lekcji?- pyta nieśmiało bawiąc się palcami.
-Jasne. Gdzie?
-Chociażby tutaj, w bibliotece.
-Nie ma sprawy. Może być w.. hm.. piątek o piętnastej?- pytam.
-TAK!- niemalże krzyczy, a jakiś uczeń czytający o historii Londynu ucisza go długim ciiiii.
-To na razie.- mówię i wybiegam z biblioteki. Dzwonek był już dawno, a pan Catcher wpadnie w szał, gdy zobaczy mnie wchodzącą do jego klasy po dryń. Biegnę ile sił w nogach, ale do sali jeszcze daleko. W końcu Molly łapie mnie na korytarzu i ciągnie za sobą.
-MOLLY! DOKĄD MNIE CIĄGNIESZ?- krzyczę zdenerwowana.
-Nieważne.
-Jak to?
-No tak.
Nic więcej nie mówię, bo nie ma to najmniejszego sensu. Molly zaciągnęła mnie na lekcje historii jej tajnym skrótem. Niebywałe! Nigdy nie ujawniła nikomu drogi.
-Chodź. Pójdźmy do ostatniej ławki.- szepcze pod klasą.
-Jasne.
Siadamy cicho i patrzymy na nauczyciela niosącego mapę Wielkiej Brytanii. Przez klasę przechodzi dzień dobry, po czym milkniemy i czekamy na wywołanie do odpowiedzi. Trzymam kciuki, żebym to nie była ja. Niestety.
-Panna.. Greyman.- mówi spoglądając przez wielkie okulary na długim nosie. Siwe kępy włosów na głowie i groźny wyraz twarzy sprawiają, że wygląda na chamskiego, chodź w rzeczywistości jest inaczej. Może i jest surowy, ale chce nas jak najlepiej nauczyć czegokolwiek.
-Możesz wracać na miejsce.- mruczy pod nosem, gdy dotarłam już na środek.
-Dlaczego?- pytam zdziwiona.
-Chcę aby to pan Marcus Collins wystąpił na środek mówiąc mi o najstarszej wojnie.
-Dziękuję.- uśmiecham się, po czym siadam.
   Wyciągam telefon i piszę SMS'a do Stefana. Zrywam się z dwóch ostatnich lekcji, piszę. Po chwili przychodzi SMS od niego. Ja też. Trzeba iść do taty i powiedzieć, że wysyłamy go do jakiejś kliniki. Nie mogę na niego patrzeć, gdy jest w takim stanie. Stefan zawsze był wrażliwy. Teraz również. Szybko mu odpisuję. Okej, czekam przy automatach.
   Nie minęło kilka minut kiedy w ciągu przerwy znalazłam się przy automatach. Muszę dowiedzieć się czegoś o mojej matce. Nie mogła tak po prostu wyjechać. Tata obstawiał trzy powody :
a. Porwanie
b. Zdrada
c. Ucieczka
Najbardziej wiarygodne są b. i c. Kiedy wreszcie zjawi się Stefan? 
-Nareszcie. Myślałam, że nie przyjdziesz.- opieram się o automat z przekąskami.
-Wybacz. Musiałem coś załatwić.- wzdycha patrząc mi w oczy.
-Co takiego?
-Nieważne.- odpowiada.
-Tak. Zawsze nie chcesz mi powiedzieć! Liczą się tylko twoje sprawy! Nie wiesz nawet jak ja się martwię!- krzyczę, po czym biegnę. 
Nie zdołałam nawet dotrzeć do bramy, kiedy jakaś silna ręka mnie zatrzymała. Powinnam wiedzieć, że jest to ręka Bradleya, który chce usłyszeć odpowiedź. 
-Tak?- pytam zdołowana.
Nie odzywa się, tylko wpatruje we mnie oczekując odpowiedzi.
-No dobrze.- odpowiadam po chwili namysłu.
-Okej. O ósmej pod twoim domem?
-Jasne..- Nawet nie wiesz jak bardzo tego chcę. Sarkazm. Troszeczkę nie w porę, Brad.
Chłopak macha mi na pożegnanie, a ja dziękuję Bogu, że Stefan jest daleko ode mnie krzycząc, żebym się zatrzymała. Nie słucham. Biegnę dalej.. Łzy wypełniają moje oczy. Co jest tak ważne, czego nie mogę wiedzieć? Niedługo wyjdzie, że mój brat to morderca, a ja psychopatka. Błagam! O czym ja myślę? Muszę tylko przebiec przez park i będę w szpitalu.
-Auuu!- zawyłam, wywracając się na wilgotną glebę. 
Tak blisko budynku, do którego chciałam się dostać, a tu nagle zabolała mnie kostka. 
-Bonnie.- słyszę za sobą poważny głos mojego brata.- Prosiłem, żebyś poczekała. 
-Nie mogłam.- odwracam wzrok, pocierając kostkę.
-Bonnie!-krzyczy.- Słuchaj mnie, jak do ciebie mówię!
Chwyta moje nadgarstki i postawia na nogi. Moja kostka boli. Tak piekielnie! Na pewno ją skręciłam.
-Auuu!- niemal płaczę z bólu.
-Nie udawaj tylko chodź.-mówi zdecydowanym głosem.
Nic więcej nie mogę zrobić. W pewnym momencie nie wytrzymuję i padam na twarz widząc zupełną ciemność przed oczami. Jedynie małe światełko. 

~~
Mam nadzieję, że pierwszy rozdział wam się podoba. ;) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz